Bez kategorii

Standy

standy
Miałam ostatnio okazję być na sporym festiwalu muzycznym. Teren był ogromny, bo przyszło bardzo dużo ludzi. Oczywiście muzyka była super, ale, jeśli mam być szczera, to najlepszą częścią były standy z jedzeniem. Nie wiem dlaczego, ale miałam ochotę spędzać czas tylko tam. Wszystko było takie pyszne, że już nawet nie dbałam o koncerty, na które przecież tam przyjechałam. Standy były bardzo różne: od takich z daniami obiadowymi, bo takie ze słodkimi przekąskami. Był nawet jeden, w którym dziewczyna sprzedawała tęczową watę cukrową. Jadłam ją chyba z pięć razy w ciągu tych trzech dni i moi znajomi stanowczo mieli mnie już dosyć. Oni ciągle chcieli chodzić na koncerty, a ja wolałam stać tam i jeść. Nie rozumiałam o co im chodziło, bo przecież z tego miejsca, gdzie sprzedawali jedzenie też było doskonale słychać muzykę, którą grali na scenie. Zupełnie bez sensu było dla mnie to, żeby zostawiać te cudowne standy z pysznym jedzeniem i pchać się w ten cały tłum spoconych ludzi. Moi znajomi mieli jednak inne zdanie na ten temat. Oni mówili, że standy to nie wszystko i, że przecież przyjechaliśmy tu tyle kilometrów, żeby się bawić przy muzyce, a nie jeść. Do mnie jakoś to wszystko nie przemawiało. Moje ulubione standy to te, w których sprzedawano jedzenie z grilla. Mieli przeróżne przekąski, ale wszystkie były przepyszne. Najpierw spróbowałam kiełbaski z grilla, która okazała się mieć cudowne przyprawy. Dali mi do niej kawałek chleba z masłem czosnkowym, który tylko dopełniał jej smak. Później kupiłam sobie dwa szaszłyki: jeden z kurczakiem i warzywami, a drugi z wołowiną i ogórkiem. Wolałam ten pierwszy, ale oba były pyszne. Potem już odeszłam od tego, bo wiedziałam, że są jeszcze inne standy, które mają pyszne rzeczy, których muszę koniecznie skosztować. Jadłam z każdego z nich.